Coś o nas
Kilka lat uczestnictwa w życiu Wspólnoty pokazuje szereg ciekawych spostrzeżeń na temat drogi wzrostu duchowego młodzieży w Kościele katolickim. Otóż grupa ludzi oazowych stanowi ciekawe pole do rozmyślań duchowo- psychicznych i socjologicznych. Jeśli brzmi to zbyt naukowo, to wyjaśniam, iż wzrost duchowy w moim rozumieniu polega na przejściu od człowieka zupełnie nie wierzącego w Boga, poprzez etap jakiegoś silnego doświadczenia, poznawania Jezusa coraz głębiej w coraz gorliwszej modlitwie i medytacji, do momentu zrozumienia przykazań Chrystusa i prób ich urzeczywistnienia. Rozwój psychiczny związany jest ściśle z procesem stawania się coraz bardziej dorosłym i jest to przejście od jeszcze dziecka, zachwyconego ładnymi piosenkami, ciepłym nastrojem i pogodnymi wieczorami na oazie letniej przez stopniowe podejmowanie wymiernych posług w Kościele, po całkowite oddanie się swojemu powołaniu i będąc dorosłym odbieraniu życia bez nadmiernych i przesadnych emocji. Wreszcie podejście socjologiczne, to przejście od stanu dwóch lub więcej osób, zajmujących się beztroskim plotkowaniem po prawdziwe i szczere przyjaźnie.
Pamiętam dokładnie pierwsze moje spotkania w Marysinie. Był to czas szczerego entuzjazmu, chęci zajęcia się czymś objektywnie dobrym, co zarazem przynosi satysfakcję, czas w którym całą uwagę, gdy się tylko chciało można było skupić na wspólnocie i żyć tym piątkowym spotkaniem. Był to również okres, kiedy nie trzeba było zbytnio martwić się o sprawy nękające naszych rodziców. To oni się martwili o nasze jedzenie, szkołę, ubranie, o to abyśmy mieli gdzie spać i za co iść do kina. Lata `86 czy `87 to na dodatek olbrzymie ciepło i opieka Gosi Kiliańskiej (moderatora Wspólnoty, dop. redakcji), które uzupełniały kolorowy świat tamtych dni. Szczytową radością były rekolekcje letnie; wspaniała atmosfera, nowe koleżanki i koledzy, nowe przeżycia. Koniec wakacji to tęsknota za nowym rokiem spotkań w Marysinie. I tak to mijał dzień za dniem, miesiąc za miesiącem.
Z biegiem lat sytuacja każdego we Wspólnocie systematycznie się zmieniała. Skończyła się szkoła średnia, zaczęły się studia, czy praca a więc większa samodzielność i dorosłość. Zawiązały się nowe relacje między poszczególnymi osobami, powstały nowe pary. Rodzina i szkoła stały się bardziej wymagające. Nawet Pan Bóg stał się jakby bardziej wyczekujący. Ten cały czas to czas nie tyle stawania się dorosłym, co czas zostawiania dzieciństwa i wkraczania w coś nowego, niepoznanego, nie dającego bezpieczeństwa co będzie jutro, za tydzień, za miesiąc. Dlatego wtedy zjawiało się najwięcej niepokojów, huśtawek psychoemocjonalnych: teraz czuję się świetnie, ale za chwile bez wyraźnego powodu jest mi źle i wszystko wydaje się bez sensu.
Każdy z nas choć trochę przeżył taki moment i jest to w pewien sposób normalną regułą, kolejne miesiące szybko uciekały, i znów nowi ludzie, nowe pary, formacja itd. Wszystko nowe, my sami też.
Zaczęło wreszcie przychodzić powoli dorosłe życie. Znajomości przekształciły się w miłość, która zrodziła swój owoc- małżeństwo. nastała samodzielność, odpowiedzialność, troska, zapobiegliwość- pojęcia, które przedtem nie egzystowały w naszym życiu. Dla niektórych ten moment był już zakończniem obecności Boga, odeszli od Wspólnoty i od Kościoła. Dla innych Bóg przybrał inny wymiar. Nowy wymiar, to mówiąc syntetycznie, przeniesienie punktu ciężkości z szukania Go w wymachiwaniu rąk na spotkaniu, na próbę odnalezienia w codziennym, szarym życiu. To dojrzewanie do dorosłości, to także nawiązywanie trwałych przyjaźni, które rozwijają się na gruncie miłości, prawdy i szczerości. Jeśli chodzi o wymiar formacji, dorastanie objawia się w przejściu z poszczególnych stopni do pracy w diakonii. Bardzo powszechnym zjawiskiem jest zdanie ``Chcę coś robić na serio''. Stąd od przeszło dwóch lat próby realnej pracy na chwałę Boga.
Jeśli to co piszę przypasować do dzisiejszej sytuacji we Wspólnocie, to widzimy bardzo różne etapy wzrostu u poszczególnych osób. Bogactwo różnych poziomów jest niezmiernie szerokie, to znaczy jedna osoba w sferze duchowej jest dorosła a w psychice nie, i co ważne w dorosłości duchowej może być dziecinna na pod- etapie ja- modlitwa, a bogata ja- ludzie. Tak więc kombinacji jest wiele (jest ich oczywiście tyle, ile osób). Są w każdej Wspólnocie ludzie dorośli fizycznie ale o ciągłej huśtawce emocjonalnej, młodzi wiekiem, lecz bardzo zaawansowani w tajnikach prawdziwej medytacji modlitewnej, starzy psychicznie, lecz nadal postępujący uparcie jak dzieci. Mówiąc krótko: ubodzy ale i bogaci, głupi ale i mądrzy, smutni ale i radośni, nowicjusze ale i zarazem doświadczeni. Wszystko się ze sobą w nas splata w ten lub w inny sposób tworząc coś zupełnie niepowtarzalnego. Każdy z nas ma dwie strony i zawsze jest w którymś miejscu: ubogi, smutny, niedoświadczony. Tak zawsze było i będzie. Wiemy o tym ale spójrzmy na nasz stosunek do braci we wspólnocie: ten to źle myśli, źle prowadzi spotkanie, mówi te same rzeczy, śpiewa te same piosenki, ma zmienne nastroje, nie umie się ładnie wypowiedzieć, nie modli się tak, jak powinien, jest złym moderatorem, jest złym animatorem, złym uczestnikiem, jest nieposłuszny, uparty, nie rozumie tego, czy tamtego itd.
Czasem sobie tego nie uświadamiamy, że tak myślimy (ale jest to niestety widoczne w naszych czynach), czasem natomiast uświadamiamy, ale uważamy, że takie skryte myślenie nikomu nie szkodzi... Szkodzi- tworzy nieprzekraczalną barierę dla Światła Bożego. Nie pozwalamy sami sobie nawzajem się rozwijać i zachęcać do wspólnego życia w marysińskiej oazie.
Jakże dobrze by było gdybyśmy starali się siebie zaakceptować takimi, jakimi jesteśmy, starali przebaczyć sobie przeszłość, wspólnie budować przyszłość. Wszystko to w imię naszego Pana Jezusa Chrystusa kochającego wszystkich tą samą miłością.
Robert Wójcik
[Strona główna]