XIX- wieczny zakład psychiatryczny zaprasza

Zawsze interesowali mnie wariaci. Między innymi dlatego, że czasem kiedy któryś z nich mówi: Smutno mi to ten smutek aż nachalnie wygląda mu z oczu, a kiedy cieszy się, to nie może utrzymać rąk w spokoju z radości.
Czasami wydaje mi się, że obłąkani są silniej niż zdrowi związani z rzeczywistością. Ludzie z w pełni sprawnym układem nerwowym są zapewne lepiej przystosowani do otaczającego świata. Nie zmienia to faktu, że czasami odmienne reagowanie na rzeczywistość ludzi mających kłopoty z myśleniem ma w sobie wiele celności.
Dla mnie bywa ten inny sposób reagowania na świat snopem światła podświetlającym rzeczywistość z innej strony. Takie podświetlenie rzeczywistości z innej strony bywa miłą pomocą w kształtowaniu życia.
Zainteresowanie ludźmi mającymi kłopoty z myśleniem przyczyniło się do tego, że postanowiłem sprawdzić, jak obłąkani funkcjonowali dawniej w społeczeństwie. Jak dowiedzieć się, jak wyglądała egzystencja psychicznie chorego w przeszłości? Najlepiej- na miarę naszych możliwości sprawdzić rzecz osobiście.
Nie byłoby bezpieczne pojawienie się w roli wariata w Europie przed początkiem XIX wieku. Mogliby nas uznać za niewolnika albo spalić na stosie, albo umieścić w przytułku dla biednych w jego części wyposażonej w gruby łańcuch. W postępowym wieku oświecenia zaczęto myśleć nad możliwością przywrócenia zdrowia psychicznie chorych. Pojawiły się mechaniczne urządzenia terapeutyczne. Np. Erazm Darwin, dziad Karola skonstruował wirownicę. Przyrząd ten składał się z mebla, do którego przymocowywano delikwenta i maszynerii, wprawiającej ten mebel w ruch rotacyjny z prędkością około 80 obrotów na minutę. Odwirowywano pacjenta do chwili, gdy krew rzucała mu się z ust, nosa i uszu. Inną metodą terapeutyczną było nagłe spychanie chorego do basenu i trzymanie go pod powierzchnią wody do utraty przytomności. Jeśli szalał, można go było dla uspokojenia rozkrzyżować za pomocą powrozów w pozycji stojącej na kilka dni.
Jeśli ktoś sądzi, że opisane metody należały do rzadkości- niech spróbuje wyprawy w XVIII wiek sam- ale na własną odpowiedzialność. Ja polecam drugą połowę wieku XIX. Teren Królestwa Polskiego jest bardzo odpowiedni, jeśli chcemy poznać standard przeciętnego europejskiego zakładu psychiatrycznego.
Nie będą to tak doskonałe warunki z jakimi moglibyśmy się spotkać we Francji, Szwajcarii czy Anglii, ale też nie potraktują nas tak źle jak w Rosji lub Hiszpanii.
Odnajdujemy się, powiedzmy, we wsi pod Kielcami. Białe adidasy, obcisłe jeans'y, czarna ramoneska i czerwona czapka dżokeja z playboyowskim znakiem króliczka nad daszkiem zapewnią nam świetny image. Teraz musimy spowodować uznanie nas za niepoczytalnego a nawet trochę niebezpiecznego wariata.
Stosunkowo najlepszą metodą dla osiągnięcia zamierzonego celu jest uporczywe, głupawe uśmiechanie się do córki wójta (Należy przy tym uważać, żeby nie spotkać w ciemnym zaułku synów wójta). Istnieje duża szansa na to, że już po niedługim czasie wójt wkroczy na drogę urzędową. Mniej więcej tydzień potem pojawi się we wsi dwóch policjantów wyposażonych w rękawiczki krępujące lub odpowiednio gruby sznur i zabierze nas ze sobą. Miejmy nadzieję, że trafimy na służbistów. Ogólne Przepisy dla Zarządu Spraw Wewnętrznych Królestwa Polskiego z 30 maja 1839 roku nakazują im, aby traktowali nas godnie. W wagonie Kolei Warszawsko- Wiedeńskiej przysługuje nam i eskorcie nieodpłatnie przedział.
W Warszawie zostaniemy przesadzeni do konnej karetki policyjnej i w ciągu pół godziny znajdziemy się przed znanym z końca XX wieku budynkiem kościoła i szpitala Św. Jana Bożego (róg Bonifraterskiej i Konwiktorskiej). W jego lewym skrzydle znajduje się pomalowany na biało gabinet, w którym zza biurka powita nas dyżurny psychiatra. Możemy odnieść się do niego z pełnym zaufaniem. W szpitalu Św. Jana Bożego pracowali wysokiej klasy specjaliści z zacięciem naukowym. Lekarz wypyta nas gruntownie chcąc trafić na ślad chorobliwych urojeń, oraz podda nas gruntownemu badaniu medycznemu.
Jeżeli wójt podkieleckiej wsi był sumiennym wójtem- przesłał za pośrednictwem eskortujących nas policjantów wypełniony formularz, w którym dał upust swym spostrzeżeniom.
Dalsze nasze losy zależą w dużej mierze od nas samych. Jeśli jesteśmy w stanie uiścić opłatę w wysokości 1 rubla i 50 kopiejek za każdy dzień pobytu, dostaniemy do dyspozycji apartament z łazienką, służącego, piwo do obiadów i prawo wstępu do ogrodu warzywnego.
Jeśli gotowi jesteśmy płacić 75 kopiejek dziennie przysługuje nam miejsce w pokoju 4- osobowym. Jeśli nie mamy grosza przy duszy najpewniej zostaniemy umieszczeni w 36- osobowej sali Św. Andrzeja.
Jest to obszerne pomieszczenie, pomalowane na niebiesko o powierzchni średniej wielkości sali gimnastycznej, oświetlone przez podłużne okratowane okna umieszczone na wysokości pierwszego piętra. Wieczorem jeden z posługaczy zapala lampy oliwne zamocowane na wysokości 3.5 metra nad brązowymi deskami podłogi.
Zimą ogrzewają pomieszczenie dwa piece kaflowe, obite dla bezpieczeństwa drewnianymi sztachetkami.
Jeśli nie mamy ochoty spędzać czasu w gromadzie chorych w sali Św. Andrzeja istnieją dwa sposoby wydobycia się stamtąd bez korzystania z pieniędzy. Po pierwsze możemy okazać się chorym niebezpiecznym i wtedy przeniosą nas do izolatki.
Po drugie możemy okazać się chorym wykształconym i wtedy trafimy do 7- osobowego pokoju dla inteligentów. Dni będą nam tu upływać spokojnie. Terapia sprowadza się głównie do kilkugodzinnych kąpieli w ciepłej wodzie w jednej z 6 zakładowych wanien.
Pozostały po zabiegach czas będziemy spędzać na nieuciążliwych pracach w ogrodzie i zakładzie stolarskim. W czasie wolnym możemy z współpacjentami pograć w karty, warcaby lub szachy. Nad ogólną jadalnią mieści się sala bilardowa, tam jednak uzyskamy wstęp tylko jeśli zapłacimy za swój pobyt co najmniej 75 kopiejek dziennie lub... jesteśmy wykształceni.
Niedzielę rozpoznamy po Mszy Św, na którą zostaniemy zaproszeni.
Mogą nas zacząć leczyć makowcem, to jest aplikowanym dożylnie wyciągiem z maku. Mimo całej swej wiedzy lekarze nie doceniali możliwości szybkiego uzależnienia.
Cóż uczynić, jeśli popadniemy w depresję lub co gorzej jeśli opanują nas myśli samobójcze? Nie należy się tym przejmować. Nie jest bynajmniej anegdotą historia pewnego studenta, który 28 razy próbował popełnić samobójstwo podczas swego pobytu w zakładzie. Umarł w końcu, ale z innych powodów, jak z satysfakcją odnotował lekarz naczelny.
Co mamy zrobić, jeśli mimo niezłego wyżywienia znudzi nam się pobyt w zakładzie? Nic prostszego. Na nasze miejsce oczekuje kilku chętnych. Wystarczy pójść do lekarza prowadzącego i przestać utrzymywać z uporem, że urodziliśmy się w II 1/2 (połowie) XX wieku.
A potem Fiuu... i wracamy do naszej rzeczywistości.
Dużo zdrowia

Stac

[Strona główna]