Historyka wskazówki praktyczne przed karnawałem
Zbliża się karnawał. Jedni zamierzają sezon uciech i rozpusty spędzić w Warszawie, inni wybierają się na Słowację, jeszcze inni myślą o Wiedniu. Łatwo zauważyć, że projekty te w gruncie rzeczy są mało różnorodne. Określa je schemat czynnościowy: pociąg- impreza- pociąg. Niekiedy nawet bez pociągu. Czemu nie wyrwać się z dusznej, przeludnionej czasoprzestrzeni, gdzie na jednym kilometrze kwadratowym tłoczy się 121 osób. Powiedzmy w II połowę XVII wieku, na początek pozostając na terenach Rzeczypospolitej.
Aby być dostatecznie przygotowanym zabrać ze sobą należy:
1. Gacie płócienne- szt. 1,
2. Koszulę z grubego płótna wciąganą przez głowę, z dekoltem z przodu- szt. 1,
3. Szerokie portki płócienne tzw. szarawary, mogą być zielone lub czerwone szt. 1,
4. Onuce płócienne, wkładki filcowe i wiecheć słomy dla ogrzania nóg,
5. Buty skórzane czerwone, żółte lub czarne z cholewą do kolana. Napiętek wzmacniamy drewnem, żeby się but nie koślawił,
6. Żupan granatowy w drobny nucik podbity futrem,
7. Na wierzch kontusz czerwony na futrze z rękawami rozciętymi do łokci. Dla szczególnie źle znoszących zimno zamiast kontusza dopuszczalna ferezja na kształt wilczury, lazurowa, podszyta futrem leśnych kotów,
8. Pas ze złotymi frędzlami, przy nim klamra i rapcie do zawieszania szabli. Za pas wtykamy chustkę do ucierania nosa z kutasem, łyżkę cynową sakiewkę i futrzane rękawice,
9. Czapka z futrzanymi wyłogami z pękiem czaplich piór.
Z broni białej najlepiej wziąć popularny pałasz. Paradna karabela mimo, że to karnawał mogłaby wzbudzać zbędne zainteresowania, poza tym jest droga i trudna do zdobycia.
Gdy chodzi o zabezpieczenie finansowe suma 100 czerwonych złotych polskich powinna w zupełności wystarczyć na krótki pobyt. W razie jej braku przynajmniej podręcznik genealogii i heraldyki. I oczywiście koń z siodłem i uprzężą.
Teraz wystarczy odpowiednio ogolić czaszkę- tak, aby włosy pozostały tylko na jej czubku- i można ruszać. Posiadana charakteryzacja na średnio-zamożnego szlachcica, jak wykazuje praktyka, stosunkowo najbardziej ułatwia swobodne postępowanie w wybranej epoce.
Na pierwszą, niejako rekonesansową wyprawę zabierania niewiast nie zaleca się. Zimne powietrze powinno upewnić nas, że znajdujemy się w Epoce. W II połowie XVII w. klimat był chłodniejszy, a opady- już choćby ze względu na większą lesistość- obfitsze. Znajdujemy się więc na zaśnieżonej, obszernej równinie. Nie ma co tracić karnawałowego wieczoru.
Najprostszym sposobem zafundowania sobie karnawałowej uczty jest wizyta w karczmie. Skierowujemy więc konia w stronę najbliższych zauważonych świateł. Ponieważ chłopi dla oszczędności bardzo krótko palą lampki i świece, mamy duże szanse, że oświetlony budunek jest karczmą. Jeśli w dodatku jest on pobudowany w pewnej odległości od wsi, przy trakcie, jeśli prócz tego jest nieco większy od przeciętnej chłopskiej chałupy i ma charakterystyczną wiechę nad strzechą, możemy być niemal pewni, że trafiliśmy do karczmy.
Właściwie istnieje tylko jedna alternatywa. Jeżeli znajdujemy się na przedmieściach miasteczka mogliśmy trafić na miejscowy zamtuz, zwany swojsko burdelem. Odradzam korzystanie z usług tutejszych gamratek.
Temat jest drażliwy jednak kierując się znajomością natury ludzkiej i jako odpowiedzialny przewodnik poczuwam się do obowiązku udzielenia kilku pzrestróg. Satysfakcja, jaką moglibyśmy osiągnąć krótka (dwie do trzech minut), pozycje nieurozmaicone, dziewczęta mogą być niedomyte. Tych, których i to nie odstrasza ostrzegam, że znajdujemy się w epoce rozpowszechnienia kiły.
Jeśli już osiągneliśmy pewność co do rodzaju budynku, przed którym stoimy wiążemy konia do płotu, lub belki przy ganku, otwieramy drzwi i przez sień wchodzimy do izby szynkowej.
Najprawdopodobniej zobaczymy pomieszczenie wielkości 30- 40 metrów kwadratowych z dwoma- trzema dużymi stołami, oświetlona żyrandolem uzbrojonym w świece i ogniem z komina w kącie na wprost drzwi.
Mroczno, ale przynajmniej nie zadymione (palenie tytoniu rozpowszechnia się od XVII wieku. Co innego tabaka).
Jeśli na sali spostrzegamy kogoś ubranego podobnie jak my, to bez względu na to, jak marna byłaby to kreatura krzyczymy: Czołem waćpanu/szmościom lub krótko: Służba. Jeśli nie ma szlachciców na sali polecamy po prostu odstawić naszego konia do stanu (tj. stajni), która zapewne znajduje się pod jednym, dachem z mieszkaniem arendarza i izbą szynkową. Zasiadamy za stołem. Pozycja szlachcica pozwala nam wepchnąć się bezceremonialnie w pobliże komina. Pora złożyć zamówienie. Niestety menu nam nie podadzą. Bez płacenia z góry, jako szlachcic, możemy zarzyczyć sobie piwa. Tu jednak koniecznie zaznaczyć należy dubeltowe, inaczej podadzą nam swaśniałą lurę z jęczmienia.
Żądając dubeltowego, choć zapłacimy drożej (5- 6 zł za beczkę) otrzymamy gatunkowe żółkiewskie, wareckie, czy lesznowskie. Jeśli jednak przemarzliśmy srodze, a i odwaga w nas nie tak wielka, zalecam gorzałkę. Za każdy trunek lepszy od piwa przyjdzie nam niestety płacić z góry.
Przeciętna szynkowa wódka jest słabsza od schyłkowo-dwudziestowiecznej (możemy liczyć na 25- 35% zawartości alkoholu). Jeśli pragniemy napić się trunku o przyzwoitej mocy, żądamy nie po prostu gorzałki, ale siwuchy lub alembikówki (45-55%). Każda zwykła gorzałka pochodzi zapewne z miejscowego folwarku i my nazwalibyśmy ją, sądząc po intensywnym zapachu, bimbrem. Jeśli zapach ten przeszkadza nam, możemy zażądać, aby arendaż dał nam anyżówki. Wbrew zastrzeżeniom co do smaku gorzałki, nie polecałbym zamawiania wódki gatunkowej. Rzeczypospolita była wtedy co prawda producentem niezaprzeczalnie najlepszej na świecie wódki Gdańskiej, ale w karczmie podano by nam niemal na pewno podróbkę. Podróbki osiągało się np. przez dodawanie do zwykłej żytniej gorzałki wilczych jagód lub kwasu saletrowego.
Zaznaczyć też wypada, że wódkę piło się szklanicami i glinianymi garnkami; podobnie jak piwo. Szlachcicowi nie przystoi nawet prosić o mniejsze dawki. Zamawia się na garnce lub beczki.
Najsmaczniejszym i najbezpieczniejszym zarazem trunkiem jak mogą nam w karczmie podać jest miód pitny. Dla nieprzyzwyczajonych gardeł polecam trójniak.
W oczekiwaniu na realizację zamówienia możemy ściągnąć buty i przesuszyć onuce na zydlu koło komina. Jest to przyjęty w epoce sposób suszenia onuc.
Jeśli mamy ochotę coś zjeść, karczma dysponuje niestety dość skromnym menu. Sprowadza się ono do kiełbasy z chlebem. Na specjalną, szlachecką prośbę, mogą dla nas zarżnąć kurę, ale wtedy trzeba będzie poczekać, aż będzie gotowa. Jeśli uśmiechniemy się do żony arendarza i zapłacimy solidnie może z własnych zapasów da nam grochu z wędzonką. Jeśli trafiliśmy do karczmy w piątek, żądamy śledzi, kaszy lub klusek niekraszonych. Nie popełnijmy błędu i nie zarządajmy przypadkiem widelca kiedy podadzą nam jedzenie.
Widelec jest świerzym, włoskim wynalzkiem i jeśli arendarz słyszał o tym przyrządzie nazwałby go grabkami. Prawdopodobieństwo, że grabki posiada, jest równie nikłe, jak prawdopodobieństwo posiadania w karczmie chińskich pałeczek do ryżu.
Jemy łyżką wyciągniętą zza pasa lub zza cholewy, a mięso rękami. Sposób spędzenia dalszej części nocy zależy od naszego temperamentu.
Możemy zdecydować się na nocleg. Jeżeli karczma jest niezła a my powołamy się na szlachectwo i zapłacimy, mogą nam przydzielić odzielny alkierz. Zastaniemy w nim ławę do spania lub słomę w kącie, glininą misę do mycia i towarzystwo.
Towarzystwo w gorszej wersji będzie się składało z dodatkowego szlachcica, w lepszej tylko z pluskiew. Niestety, pluskwy są integralną częścią epoki i nie tylko tytuł szlachecki, ale i królewski ochronić nas przed nimi nie zdoła (Jan Sobieski stwierdził).
Możemy mieć jednak ochotę bawić się do rana. Na taką ewentualność kilka uwag.
Gdyby ktokolwiek stanu szlacheckiego chciał ucztować z nami, nieodmawiamy pod żadnym pozorem chyba, że dobrze opanowaliśmy szermierkę lub karate. Jeśli już ktoś przysiądzie się do nas, najlepiej, wzorem pana Zenda z Kmicicowej kompanii, powiadać się szlachcicem z Kurlandii i mówić, że jedziemy na zmówiny do znajomej szlachcianki. To temat bezpieczny i niemal z reguły skierowuje rozmowę na temat kobiecych wdzięków.
Nie należy również przechwalać się mocną głową. Przeciętny szlachcic jest w stanie wypić 1000 litrów piwa i 20 litrów gorzałki rocznie. Trzeba przyznać, że z naszymi 30 litrami piwa i najwyżej 12 wódki wyglądamy niepokaźnie.
Cóż jednak począc z tymi, którzy nie zdołali zdobyć odpowiedniej dla okresu waluty? Pewnie nie ma potrzeby, aby marzli całą noc na koniu. Istnieją dla nich dwa praktyczne rozwiązania:
Pierwsze jest proste.
Kopiemy drzwi dostatnio wyglądającej chłopskiej chałupy i powołując się na uczucia chrześcijańskie i szblę żądamy gościny. Tu jednak liczyć możemy jedynie na jęczmienne piwo, żur z kaszą, może groch z boczkiem i jajka. Na lepsze trunki chłop chodził do karczmy.
Tym, którzy nie mają ochoty na tak skromne spędzenie karnawałowej nocy, pozostaje, wzorem pana Zagłoby użyć inteligencji. Otwieramy tomy genealogii heraldyki i dorabiamy sobie rodowód co najmniej na trzy pokolenia wstecz (tyle obowiązany był znać każdy szlachcic dla potwierdzenia swego szlachectwa).
Następnie szukamy obwarowanego jakim-takim ostrokołem budynku znacznej wielkości, być może z bójnicą, czyli basztą drewnianą. To wedle wszelkiego prawdopodobieństwa miejscowy dwór szlachecki. Skoro przekonamy wrotnego, aby uchylił nam bramy (może go tytułować per kiep) mamy zapewnioną gościnę. Gospodarza należy powitać zawołaniem: Pomagaj Bóg!, przedstawić mu się z imienia i nazwiska oraz złożyć ukłon- lewa ręka na sercu, prawa z czapką do ziemi i skłon dość głęboki. Gospodarz przez dużą sień zaprowadzi was do izby i tam będziecie pić co najmniej do północka. We dworku i alkohole pewniejsze i jedzenie lepsze (możecie liczyć na bigos, kurę z chlebem i jarzynami czy pierogi). Możecie liczyć także na tańce. Tańce rozpoczynają się z reguły po niezłej dawce alkoholu, więc nieznajomością kroków reja czy firleya nie musicie się zamartwiać. Dla własnego bezpieczeństwa należy się zachowywywać politycznie i nikomu bez różnicy płci tańca nie odmawiać. Na gościnność szlachcica możemy liczyć tak samo jak na jego krewkość. Pan Pasek pewnego dnia dwóch swoich znajomych gołymi rękami okaleczył, przy innej zaś okazji, będąc z wizytą, gospodarza ranił w głowę, jednemu z gości odciął dłoń a drugiego wypłazował szablą.
We dworze szlacheckim mamy prawo liczyć na huczną zabawę. I tu jednak należy uważać na zdrowie- panu Haskiewiczowi w karnawale 1617 roku zdarzyło się niechcący siostrze nogę złamać.
Tych, którzy wiedzeni własną rezolutnością i powodzeniem na dworze szlacheckim zapragneliby skosztować rarytasów magnackiego stołu muszę przestrzec. Są duże szanse na to, że szlachcica i tam przyjmą a przy okazji wielkiej uczty dadzą mu skosztować niedżwiedzich łap, bobrowych ogonów, czy pieczeni z włosia, ale też istnienie zagrożenie spotkania typa pokroju księcia Radziwiłła Panie Kochanku. Książe miał we zwyczaju każdemu gościowi na progu wręczać kielich wina do opróżnienia duszkiem.
Kielich miał pojemność 6 litrów.
Kto toastu jednym tchem nie spełnił otrzymywał dolewki, aż do skutku.
Tę przestrogę jako ostatnią dorzucam do garści praktycznych wskazówek dla amatorów zakosztowania pzryjemności karnawałowej nocy w II połowie XVII wieku.
Mam nadzieję, że każdy zachęcony tymi słowami dużo pewniej zasiądzie za sterami swego wehikułu chronolotnego.
Dobrej zabawy.
STAC
[Strona główna]