Moralność
Wieki płyną a my ciągle posługujemy się tym pojęciem. I nie byłoby w tym nic złego gdyby nie to, że mówimy nie tylko o moralności danej jednostki ale także o jakimś dziwnym tworze, nazywanym czasem moralnością społeczną lub uniwersalną, czy też ogólnie przyjętą. Słowem, operujemy nie tylko znaczeniem subiektywnym ale także obiektywnym tego słowa, nie zdając sobie sprawy, że to drugie ujęcie jest całkowicie sztuczne, nie mające żadnego odniesienia do rzeczywistości. Kiedy słyszę, jak ktoś mówi z oburzeniem: To niemoralne, albo: Powinniśmy uczyć młodych moralności, mój umysł ogarnia niczym nie łagodzone poczucie beznadziejności. Jest to poczucie beznadziejności walki z wiatrakami tego rodzaju dogmatów i przesądów. Pojęcie to, przy całej swej irracjonalności, jest tak sugestywne i przez to tak niebezpieczne, że czasami na kogoś, kto używa go w znaczeniu uniwersalnym, patrzeć można jak na zbrodniarza. Zadaniem moim jest pokazać dlaczego pojęcie moralności uniwersalnej jest absurdalne, dlaczego mimo tej całej absurdalności jest niezwykle sugestywne i dlaczego jest tak bardzo niebezpieczne. Zamiast pisać: moralność pojęta obiektywnie, pisać będę po prostu: moralność. Proszę jednak nie myśleć, że nie uznaję moralności pojętej subiektywnie, czyli moralności jednostki.
Dlaczego moralność jest pojęciem nonsensownym?
Zapytano mnie kiedyś jaki czyn jest czynem szkodliwym moralnie. Odpowiadam teraz: Każdy! Dodam, że zarazem żaden. I każdy i żaden (wypraszam sobie ten chichot, ja nie ogłupiałem). Panie i Panowie, jest nas dwadzieścia dziewięć milionów Polaków uprawnionych do myślenia, ja sam zetknąłem się intelektualnie może z tysiącem i powiadam wam, poznałem tysiąc moralnych kodeksów. Niech mi ktoś powie, że pozostali to już monolit! Relatywizm moralny głoszę - rzeknie jeden z drugim. Nie, na litość, takie są FAKTY. Nie ma, nie było i nigdy nie będzie jednej obowiązującej moralności, to przecież wynika z istoty ludzkiej osobowości, może ktoś ma inne zdanie? Chętnie posłucham. Wniosek jest prosty, można mówić jedynie o prywatnej moralności. Można do kogoś powiedzieć: Ten czyn jest zły w odniesieniu do mojego systemu wartości, mówienie że coś jest nie moralne, każdego trzeźwego człowieka, który przemyślał ten problem, aż boli w umysł.
Dlaczego pojęcie moralno<%-16>ści jest tak sugestywne?
Dlatego, że każdy z nas ma pewien własny system wartości i każdemu z nas się wydaje, że właśnie ten nasz to jest ten uniwersalny. Warto tu nadmienić, że czasem jakaś grupa ogłasza, że będzie posługiwać się jednym, ściśle określonym kodeksem postępowania. Pusta werbalność tego rodzaju deklaracji jest godna politowania.
Dlaczego pojęcie moralności jest tak bardzo niebezpieczne?
Dlatego, że na nim opierane są czasem pewne przepisy kodeksu karnego. W chwilach, kiedy podejmuje się takie decyzje, powinno się odejść od naszego wewnętrznego poczucia dobra i zła. Bo zobaczmy czym ono tak na prawdę jest: krzywym zwierciadłem przykazań, lampką przeczuć, terrorystą pragnień, Rubikonem tradycji, spichlerzem mądrości religijnych i śmietniskiem pseudo-naukowych mniemań. Wyobraźmy sobie teraz, że są grupy ludzi posiadające władzę, którzy posyłają innych do więzienia tylko z tego powodu, że ich system wartości różni się od systemu wartości ich ofiary. W pewnych sytuacjach te grupy ludzi są grupami zbrodniarzy. Prawo karne nigdy nie powinno opierać się na moralnościach jakichś tam członków społeczeństwa. To zrodziło faszyzm, i w pewnym zakresie charakteryzowało komunizm. Narzuca się więc pytanie:
Na czym powinno opierać się prawo?
Kłopot w tym, że nie dysponujemy niczym więcej poza moralnościami jakichś tam członków społeczeństwa. Cóż więc zrobić, a raczej co się od wieków robi? Użyjmy pewnej przenośni: przypuśćmy, że na dnie sumienia każdego z nas kryje się prawo naturalne. Rozumiem tutaj przez to określenie nie tylko to, co tradycyjnie się do tego terminu zalicza, ale także zasady generalne prawa, jak na przykład równość, czy nie działanie wstecz. Sądzę po prostu, że są one naturalne. Każdy z nas na dnie swojego sumienia widzi je jakby przez mgłę. By zbudować prawo, grono ludzi widzących w tej mgle dość dobrze (a nie jakichś tam), powinno zasiąść i sformułować zasady generalne. Słowem prawo powinno być zbudowane na pewnych założeniach podstawowych, przyjmowanych na zasadach badawczych, przez ogół ludzi światłych. Niestety jest to utopia, gdyż nie sposób tych ludzi rzetelnie wyłonić. Pozostaje nam więc to co mamy, czyli prawo, które jest od wieków doskonalone, które zresztą nie jest aż takie złe. Coś z tej idei jest realizowane. W końcu pierwszy lepszy prawnik nie może sobie, ot tak, zmieniać przepisów, chyba, że się mylę. Jednak ilekroć, decyzje w tym względzie podejmują osoby do tego upoważnione a opętane jakąś wizją, zawsze przynosi to wielu ludziom cierpienie. Widać więc, że osoby, które cechuje dogmatyzm, czyli naukowa nierzetelność zasługują na miano zbrodniarzy.
Osoby te nie widzą dobrze we mgle, albo to co widzą to tworzone przez ich chory umysł wizje, powstałe z ich podświadomych pragnień. Ten dogmatyzm, czy fanatyzm dowolnej maści jest tym bardziej niebezpieczny, im bardziej nie zdajemy sobie z niego sprawy. I będziemy nim jak batem zadawać innym ludziom cierpienie, myśląc, że to dla zbawienia ich duszy.
Zapytać jeszcze ktoś może, dlaczego treści obowiązującego prawa nie nazwać moralnością? Nie można z kilku powodów. Po pierwsze, jest ono tylko kompromisem wypracowanym na zasadach badawczych i do tego podporządkowanym zasadom pragmatycznym a nie poznawczym, po prostu mgła nie pozwala na wnioski absolutne. Po drugie, obejmuje ono tylko pewien zakres zjawisk, nie rozstrzyga wszystkiego. Po trzecie, większość ludzi nie zna się na nim. Słowem ludzie go nie znają, nie wyjaśnia ono wszystkiego, a co najważniejsze, jest tylko odbiciem niepoznawalnego prawa naturalnego, przez co, nie jest uniwersalne. Jest tylko pragmatycznym kompromisem. I takim pozostanie. Ta mgła nigdy nie opadnie ani się nigdy nie rozsunie.
Dobrze jednak, że jest coś, co umożliwia ten kompromis, może jest to poczucie człowieczeństwa, pragnienie respektu czyichś praw i świadomość własnych obowiązków, może rzetelność badawcza, może coś jeszcze. Tak to jest. Doprawdy nie mówmy o prawie moralnym. Każdy ma sumienie własne, proszków też jest pod dostatkiem.
Dariusz Pokrowski
[Strona główna]