Bieg z kanarami

Mimo, że wynalazca joggingu zmarł na zawał serca podczas codziennej przebieżki, popularność biegów ulicznych nie maleje.
W ostatnią niedzielę września w Warszawie odbył się Maraton Pokoju, 11 listopada mieliśmy Bieg Niepodległości, a nieco ponad tydzień później Bieg Uniwersytecki. Niech i mnie wolno będzie dołożyć skromną cegiełkę do historii biegów ulicznych.
Bieg z kanarami nie jest dyscypliną nową. Sądzę, że w Warszawie rozgrywać go zaczęto mniej więcej na przełomie lat 40-tych i 50-tych naszego stulecia, kiedy zniknęli z pojazdów MZK dobrotliwi konduktorzy, a ich miejsce zajęli profesjonalni i żerujący stadnie łapacze - kolokwialnie zwani kanarami.
Tu dla niewtajemniczonych (choć kto z nas nie orientuje się lepiej lub gorzej w tej materii) kilka słów wyjaśnienia.
Bieg z kanarami nie jest dyscypliną masową jak np. wielkie maratony uliczne. Bierze w nim udział najczęściej od dwóch do dziesięciu osób, które zawsze dzielą się na 2 grupy - kanarów i ściganych. Bieg z kanarami jest spontanicznym wybuchem emocji społecznych. Nigdy nie wiadomo, kiedy się rozpocznie. Potencjalnie jego zaistnienie umożliwia obecność kanarów gotowych do podjęcia gry, ale sygnał startowy podaje ścigany przez rzucenie się do ucieczki. I wtedy się zaczyna. Liczy się szybkość, spryt i wytrzymałość. Od tych cech zależy m.in. dystans biegu. Drzewa, klomby i przechodnie spadają do roli rekwizytów. Niekiedy do konkurencji włączają się czynnie lub biernie całe grupy społeczne, w obecności których bieg jest rozgrywany - przystankowicze, policjanci, ochroniarze.
Bieg z kanarami wyzwala wielkie emocje. Wygrywa ten, w czyich rękach w ostatecznym rachunku znajdą się dokumenty lub pieniądze ściganego. Pulę nagród ustala MZK. Ostatnio wynosi ona 200 tysięcy złotych. Jeśli chcemy wziąć udział w biegu powinniśmy wiele trenować i był zawsze gotowymi.
Mój własny bieg rozpoczął się zupełnie niespodziewanie. Jechałem właśnie, po powrocie z gór, do koleżanki na imieniny. Ramiona obciągał mi na wpół wyładowany plecak, na nogach ciążyły buty na wibramie, w ręku trzymałem czerwoną gerberę z przybraniem. I wtedy do tramwaju numer 31 wsiadło trzech potężnie zbudowanych mężczyzn w kufajkach, którzy wydobyli zza pazuchy zafoliowane znaczki i zaczęli sprawdzać bilety.
Cóż, od dwóch lat jeżdżę bez biletu. Zaistniały warunki do gry. Kanarom nie zabrakło chęci. Otoczyli mnie i w zwartym szyku odprowadzali z przystanku przy rotundzie do komisariatu na ulicy Widok. Nie miałem przy sobie dokumentów, a mimo że pokazywałem im rachunki i zaadresowany kalendarzyk, nie chcieli wierzyć, że nazywam się tak, jak się nazywam. Może mieli ochotę na bieg?
Sygnał startowy podałem już w połowie szerokości ulicy Widok. Najstarszy z kanarów, olbrzymi czterdziestolatek z kilkudniową szczeciną na twarzy zrobił wykrok i zagarnął ręką powietrze klnąc przy tym paskudnie. Nie patrzyłem co zrobią pozostali - całą uwagę skoncentrowałem na maksymalnie szybkim oddalaniu się od mojej eskorty. Za mną rozległ się tupot nóg - znak, że bieg z kanarami rozpoczął się.
Planowałem szybkie rozegranie mojego pierwszego w życiu wyścigu przez maksymalnie skrócenie dystansu. Okazało się jednak, że w tym sporcie niczego nie można przewidzieć. Pędziłem wzdłuż Marszałkowskiej w kierunku Żoliborza chcąc zniknąć w tłumie. minąłem drzwi ruszającego właśnie autobusu B (522), aby nie znaleźć się w pułapce zamkniętego pojazdu. Sądząc, że już jestem niewidoczny dałem nura do podziemia naprzeciw Pałacu Kultury i wychynąłem na Placu Defilad. Wciąż stymulował mnie środek dopingujący - zamknięta w klapie plecaka górska apteczka grzechocząca w rytmie kroków powodowała, że stale słyszałem tupot nóg tuż za sobą. Wydatnie zwiększyło to moją prędkość. No i już - mruknąłem do siebie zwycięsko przechodząc w trucht na Placu Defilad - kanarzy nie mają moich dokumentów ani pieniędzy, bieg skończony.
Szybko przekonałem się, że byłem w błędzie. W odległości 10 metrów ode mnie nagle pojawił się pędzący cicho i maksymalnie szybko najmłodszy kanar w rozwianej jesionce w jodełkę. Ha!, twardy zawodnik pomyślałem sobie rzucając się między parkan wesołego miasteczka i halę MarcPolu. Biegłem w kierunku Alej Jerozolimskich. Kanar tupał za mną rycząc : Tu jest! Tu jest! i jakby w odpowiedzi z innych stron dał się słyszeć tętent biegnących . Kiedy zbliżyłem się do Alej musiałem zwolnić ze zmęczenia. Mając kilkadziesiąt metrów przewagi zdecydowanie chciałem zobaczyć odjeżdżający z przystanku naprzeciw Hotelu Polonia autobus w kierunku Ochoty.
Nic nie jechało. Postanowiłem się skryć. Wskoczyłem za jedną z zamkniętych na noc budek handlarzy. Odpoczynek trwał około 30 sekund, kiedy nagle poprzedzeni serią gwizdków z dwóch stron wpadli na mnie dwaj umundurowani ochroniarze.
Ach, baza społeczna biegu poszerza się pomyślałem, a pierwsze przerażenie pozwoliło mi przesadzić ogrodzenie CricoLandu nim łapy ścigających dobrze zacisnęły się na moich nogawkach. W obawie przed pokąsaniem i nocnymi cieciami wychynąłem najbliższym wyjściem na ulicę z uśpionego lunaparku. Zdecydowanie chciałem oddalić się z zagrożonego terenu. Znów w pełnym tempie sforsowałem na przełaj Aleje Jerozolimskie i dopiero tam odetchnąłem z ulgą.
No cóż, na planie szybkiego rozegrania biegu zawiodłem się jak Niemcy na wojnie błyskawicznej, jednak w końcu, chociaż z obolałymi ścięgnami, uwolniłem się od prześladowców. Uciekłem kanarom, chociaż tydzień w górach nie dał mi takiej zaprawy kondycyjnej jak te 10 minut sprintu z plecakiem. Oddychając głęboko w pierwszej chwili zlekceważyłem biegnącego w moim kierunku mężczyznę z czymś na kształt jesionki w jodełkę na plecach. Dopiero, gdy zaczął krzyczeć: Stój, Stój!, zrozumiałem, że to jeszcze nie koniec.
Przekląłem gorliwość pracowników MZK, szarpnąłem zbolałe kończyny i pobiegłem między bloki. Rozpoczęła się walka na wytrzymałość. Mijaliśmy kolejne budynki. Nogi zaczęły gwałtownie nabierać ciężaru, a facet cały czas utrzymywał się za mną. Gdzieś w okolicy Hożej pędził wciąż i nie mogąc zbliżyć się do mnie zaczął wrzeszczeć: Ludzie, trzymać go, trzymać go!. Sytuacja stawała się żenująca, a kolorowe kręgi przed oczyma nie pozwoliły kontynuować ucieczki. Stanąłem frontem do prześladowcy nie bez szacunku dla jego kondycji.
I wtedy okazało się, że od 500 metrów ściga mnie osiemnastoletni chłopak w dresie i adidasach. Za nim ukazał się następny z rotwailerem na smyczy. Obaj z ochrony bazaru. Zrazu nie chcieli wierzyć, że nic nie ukradłwszy uciekałem tak rączo. Kiedy jednak pokazałem zmasakrowane kawałki łodygi gerbery i wiszący na różowej wstążce strzęp asparagusa, które wciąż ściskałem w garści porzucili wątpliwości. Chyba wszyscy mieliśmy dość biegania. Uszedłem kanarom!
Cóż jako doświadczony weteran biegu z kanarami mógłbym poradzić początkującym adeptom tej dyscypliny? Otóż w dniu próby raczej nie należy brać ze sobą wypchanego plecaka, ciężkich butów i kwiatka dla dziewczyny. To znacznie utrudnia pomyślne rozegranie wyścigu. Ja osobiście następnego dnia kupiłem bilet sieciowy.
Nie bez sympatii patrzę jednak na co i raz zrywających się do biegu młodych ludzi, za którymi rzuca się w pogoń chmara szarych jak wróble zamaskowanych łapaczy.
Powodzenia.

Stac

[Strona główna]