Dziennik znaleziony w pontonie
Bagna biebrzańskie to niepowtarzalny, największy w środkowej Europie i zachowany w pierwotnym kształcie obszar torfowo-bagienny zajmujący około 100 tys. ha. Kotliną Biebrzańską przepływa, silnie meandrując rzeka Biebrza, tworząc liczne niedostępne zakola i odnogi. Brzegi na całej długości są podmokłe, otoczone przez rozległe łąki, trzęsawiska i bagna. Żyje tu m.in. łoś, jeleń, wilk, bóbr, dzik. Występują całe rzesze ptactwa wodnego i błotnego, oraz ptaki drapieżne. Od niedawna teren Bagien Biebrzańskich stał się poligonem dla ludzi szukających mocnych wrażeń i kontaktu z dziewiczą przyrodą...
Budujcie arkę przed potopem,
Dobądźcie na to swych wszystkich sił!/.../
Choćby tłum z waszej pracy kpił!
Ocalić trzeba co najdroższe,
A przecież tyle już tego jest!/.../
Odrzućcie dziś każdy zbędny gest.
Kiedy rzuciłem znajomym pomysł wyprawy na bagna nad Biebrzą usłyszałem: dlaczego właśnie tam? Jedź z nami do Francji, może Grecja lub Kanada? Po co się tam pchasz, w kraju nad Wisłą nie ma nic ciekawego! A poza tym, zbrzydło ci życie? Nie boisz się komarów? Na pewno zaplączesz się w sieci albo trafisz na elektryczny połów ryb przez kłusowników. Biebrza jest rzeką zdradliwą. Tak czy inaczej przygotuj się na najgorsze, na nas nie licz! Nie zrezygnowałem jednak i rozpocząłem poszukiwania ekipy i sprzętu.
Sławek Zawiślak, animator Survivalu i częsty gość odludnych terenów, wychodząc na wyprawę zabiera ze sobą tylko nóż, zapałki i sól. Ideą Survivalu (przeżycia, przetrwania) jest sztuka radzenia sobie w każdych okolicznościach. Trzeba samemu zdobyć pożywienie, pokonać przeszkody, zbudować szałas... Przy minimalnm wyposażeniu człowiek może sprawdzić swoją wartość w konfrontacji z surową przyrodą.
Wątpiąc w swoje siły postanowiliśmy być mimo wszystko lepiej wyposażeni. Zabieramy więc: pontony, namioty, śpiwory, jedzenie na tydzień i rozmaite przedmioty, których zastosowania nie jesteśmy w stanie chwilowo przewidzieć, ale które mogą się przydać w tak zwanych nieprzewidzianych okolicznościach. Cały nabój bagażu waży razem ponad 120 kG! Podczas wyprawy bywają chwile kiedy marzy nam się tylko nóż i nic więcej. Dopiero tutaj zauważamy ciężar cywilizacji i naszą nieporadność wobec otoczenia. Chcemy spłynąć Biebrzą od Lipska w dół rzeki, po drodze odwiedzając najciekawsze zakątki bagien. Ostatecznie ekipa liczy 5 osób. Jesteśmy ciekawi ilu przetrwa.
W pełnym słońcu w środku lata,
Wśród łagodnych fal zieleni,
Wre zapamiętała praca,
Stawiam łódź na suchej ziemi/.../
Nie bez pewnych trudności docieramy w okolice Kotliny biebrzańskiej. Prosimy kierowcę, żeby zatrzymał się nad rzeką. Autobus powoli wjeżdża na most. Ponieważ okolicę znamy tylko z przewodników ciekawie wypatrujemy Słynnych Bagien i Biebrzy. Wreszcie są! Mimo woli wyrywa się pytanie do kierowcy: Czy jest Pan pewien, że to główna odnoga rzeki? Pod nami znajduje się stateczne bajoro dla kaczek, leniwie falujące wśród wysychających wodorostów. Mieliśmy nadzieję na bystry prąd, który szybko przeniesie nas do ujścia i oszczędzi wiosłowania. Tymczasem zastanawiamy się czy brodzik jest na tyle głęboki aby pontony nie osiadły na dnie. Nie ma jednak rady. Pod czujnym okiem gawiedzi zgromadzonej na moście rozpakowujemy plecaki i spuszczamy flotyllę na wodę. Odbywają się chrzciny jednostek: nadaję ci imię Heretyk.... Zawsze kochaliśmy efekty. Jeszcze tylko toast z soku pomarańczowego, wciągamy flagę na maszt i wyruszamy w nieznane.
Każdy z was jest łodzią w której,
Może się z potopem mierzyć,
Cało wyjść z burzowej chmury,
Musi tylko w to uwierzyć/.../
Po kiluset metrach rzeka powiększa się. Powoli również nabywamy doświadczenia w sterowaniu. Jeden obrót pontonu przypada początkowo na każde dwa metry przepłynięte do przodu... Most, wieża kościoła znikają za zakrętem. Płyniemy!
Przyroda zachwyca: powierzchnia rzeki pokryta jest żółtymi kaczeńcami i białymi grzybieniami. Co chwila przelatują różnokolorowe ważki od czasu do czasu odpoczywając na burtach. Nad głową krążą ptaki wodne, których nazw gatunkowych możemy się tylko domyślać. Od kilku dni panuje upalna pogoda. Na niebie nie ma żadnej chmury, na szczęście nad wodą unosi chłodne, pachnące wodorostami powietrze. Sama przyjemność! To tak na początek.
Wkrótce wpływamy na teren Błot Biebrzańskich. Brzegi pokrywają się ścianą trzcin, zza których przebijają się tylko wysokie drzewa. W pobliżu okolic cywilizowanych spotykamy wędkarzy, lecz wkrótce okolice stają się niecywilizowane i człowieka ani śladu.
Zbliża się wieczór, pora myśleć o obozowisku. Od przeszło godziny próbujemy znaleźć odpowiednie miejsce do wylądowania, lecz pasmo trzcin ciągnie się nieprzerwanym korytem. Wreszcie udaje się dobić do brzegu. Niestety! Okolica jest zbyt bagnista, wokół dzikie mokradła! Próbujemy jeszcze kilkakrotnie. Zanosi się na nocleg w pontonach! Powoli nadciąga zmierzch, powietrze ochładza się i nad cieplejszą wodą pojawiają się gęste, białe mgły. Mamy wrażenie, że płyniemy we wrzącej rzece. Wreszcie trzciny przerzedzają się i dostrzegamy skrawek wykoszonej łąki. Brzeg w tym miejscu jest dość wysoki, ale trudno. Z niemałym trudem wyciągamy flotyllę na suchy ląd. Stawiamy namioty oganiając się od komarów i gzów (tzw. gryzaczki). Wokół nie ma żadnych drzew więc porzucamy myśl o ognisku i bogatym życiu towarzyskim. Zwierzaczki tną niemiłosiernie, chowamy się szybko do namiotów, kawałek chleba przed snem i dobranoc.
Rano pobudka o 5.30. zwijamy obozowisko. W wolnej chwili Wieteś zarzuca haczyk z kawałkiem chleba i co kilka sekund wyciąga nową sztukę. Co jak co, ale ryb nam nie zabraknie! Tego dnia musimy przepłynąć ok. 18 kilometrów do mostu kolejowego, gdzie spotykamy się z resztą ekipy. Od początku podróży pojawiają się kłopoty z nawigacją. Na rzece nie ma żadnych punktów orientacyjnych, co kilkadziesiąt metrów napotykamy na nowy zakręt, wysokie brzegi uniemożliwiają obserwację okolicy. Płaskodenny ponton z trudem przebija się przez wodorosty. Znacznie lepszy jest kajak, który rozwija w tych warunkach ponad dwukrotnie większą prędkość. Szybko tracimy poczucie przebytej drogi. Bezskuteczne porównywanie Nieznanego z mapą kończy się szybko utopieniem tej ostatniej. Nieznane jest na tyle mokre, że utopić by się nie dało. Mostu jak nie było, tak nie ma.
Wreszcie w oddali pojawia się łukowata konstrukcja, musimy jednak wiosłować dalej przez 40 minut, żeby do niej dotrzeć.
Do przyjazdu pociągu mamy ok. pół godziny, które skrzętnie wykorzystujemy na nicnierobienie i rozmyślanie nad własną genialnością. No, być może nie jest to doskonałe miejsce na odpoczynek po wioślarskich galerach, ale gdy się nie ma co się lubi... (to się lubi, co się nie ma). Pod mostem okoliczne wioski urządziły sobie grajdół uciech wodnych, bełtając Biebrzę jak tylko mogąc. Staramy się nie zwracać na to żadnej uwagi, chociaż po przebytej drodze przywykliśmy do ciszy i spokoju. Kiedy jednak osobnik skaczący z pobliskiego kamienia trampolinowego o mało nie przebija pontonu, decydujemy się na odholowanie flotylli w bezpieczniejsze miejsce.
Ruszam zdjąć ze stacji resztę ekipy, którą dotychczas znamy tylko z rozmów telefonicznych. Rozpoznanie ułatwia obecność wielkiego wora z pontonem zwisającego pomiędzy idącymi osobnikami. Nowi wyrażają zachwycenie powierzchnią wody pokrytą białymi grzybieniami i żółtymi... No cóż mało jeszcze widzieli. My natomiast mamy tego wszystkiego już dość!
Budujcie Arkę przed potopem
Słyszę sterując w serce fal!
Budujcie Arkę przed potopem
Krzyczy ten, co się przedtem śmiał!/.../
Lecz w ulewie grzmot za grzmotem
I za późno głos na trwogę
I za późno usta z błotem
Wypluwają mą przestrogę!
Po kilkudniowym upale nadciągają burzowe chmury. Coraz wyraźniej słyszymy również uderzenia piorunów. Postanawiamy przeczekać burzę pod mostem. Niestety nie jest to miejsce, które nazwać można bezpiecznym. Co prawda pod mostem wpływamy w regularne bagienko, pełne podwodnych pali ale bądź co bądź dodaje nam otuchy stwierdzenie, że jest to porządny, nieprzemakalny most. Niepokoi nas natomiast miejscowy element młodzieżowy, który spłoszony burzą opuścił grajdół uciech wodnych i znalazł sobie zabawę w postaci spuszczania kamieni z mostu na przepływające dołem kajaki. Od tej pory musimy uważać nie na deszcz, lecz na padające z góry przedmioty (kamienie wkrótce się skończyły i dalej leciało już co było pod ręką). No ale w końcu młodość też ma swoje prawa. Wkrótce ruszamy w dalszą drogę, bez żalu opuszczając cywilizację.
Prędkość flotylli znacznie spada bo na każde dwa metry wywiosłowane do przodu wiatr cofa nas o półtora. Z nudów urządzamy wyścigi pontonów, co kończy się przemoczeniem bagażu, ale posuwa nas kilkadziesiąt metrów do przodu. Pod wieczór normalne kłopoty ze znalezieniem miejsca na obozowisko. Co kilka minut próbujemy... i ruszamy w dalszą drogę. Na domiar złego znowu pada deszcz. Idealne miejsce znajdujemy przy zakręcie rzeki. Mamy szczęście- ktoś już tu obozował i wyciął trzciny. Gęste zarośla zasłaniają nas od strony Biebrzy. Rozbijamy namioty, Piotrkowi udaje się rozpalić ognisko na mokrym drzewie a Wieteś wyrusza na połów ryb. Po chwili od strony rzeki dobiega nas głośny plusk i okrzyk: buty mi się topią! Wyciągamy Wietesia z wody i sondujemy dno: ponad 4 metry głębokości w odległości 80 cm od brzegu!!! Tego wieczora jemy rybki z puszki.
Piotrek i Jasio budują namiot z dwóch pontonów i kajaka. Na wierzch idzie kawałek folii, do środka karimaty i... komary. Większą część nocy niefortunni konstruktorzy spędzili na polowaniu na owady i rozmyślaniach o uszczelnieniu siedliska.
Pamiętając o wczorajszych doświadczeniach z wiatrem zmuszeni jesteśmy wynaleźć żagiel. Na pontonie powstaje dziwaczna konstrukcja utworzona przez dwa wiosła, szczątki stelaża plecakowego, kilka patyków. Całość owinięta zostaje plątaniną sznurków, spięta karabińczykami i przykryta pałatką. Mimo obaw ponton utrzymuje się nadal na wodzie, niestety konstrukcja ogranicza widoczność i niezbyt dokładnie wiemy dokąd płynąć. Zasłona oddziela dokładnie dziób, gdzie siedzę ja, od rufy, gdzie uplasował się Wieteś, i jak podsumowuje Piotrek: jest to obraz przedstawiający dwóch facetów, którzy nie mogą już na siebie patrzeć
W południe zakupy w sklepie spożywczym i połów ryb na wędce zrobionej z wiosła. W rybobraniu pomagają miejscowe dzieci, które znają się na tym rzemiośle, że tak powiem, od dziecka. W podziękowaniu oddajemy im ryby na pokarm dla kota /gdyby były nieco większe to byśmy nie oddali/. Przez kilka kolejnych dni wspominany tę znajomość gdy na dnie pontonu znajdujemy zagubione ryby...
Największym problemem z jakim się spotykamy jest oczywiście problem braku wody... pitnej. Przezornie zabraliśmy ze sobą kilka butelek, które przetaczają się teraz leniwie po dnie. Źadko przepływamy przez okolice cywilizowane, bogate w WODĘ. Rzeczka aż roji się od żyjątek co odstrasza od bezpośredniej konsumpcji. Najprościej byłoby wodę przegotować: niestety maszynka benzynowa rozpadła się już na początku eskapady. Z kolei rozpalenie ogniska wymaga obecności czegokolwiek co się pali, oprócz zielonych trzcin niczego takiego nie ma w polu widzenia.
Następne dni są do siebie bardzo podobne: w nocy walczymy z komarami, w dzień wiosłujemy. Największym urozmaiceniem jest opływanie wysepek na Biebrzy- nurt raz zanika i trzeba przenosić pontony górą przez przeszkody, to znów jest tak silny, że nie można utrzymać kierunku. W dodatku co pewien czas napotykamy utopione w bagnach zwierzęta co zmusza nas do dzikich akrobacji i schyłko-egzystencjalnych przemyśleń.
Po pięciu dniach dopływamy do śluzy w Dębowie. Obok tablic informujących o zakazie połowu ryb w pobliżu śluz i stopni wodnych stoją uparci wędkarze moczący kije w wodzie. Najciemniej jest pod latarnią. Mała rzeczka przemienia się nagle w autostradę dla żaglówek. Ponieważ jednak na Biebrzy panuje zakaz używania silników motorowych nie spotykamy głupich, którzy zaryzykowaliby płynięcie na pagajach. Mijamy natomiast kilku kajakarzy sunących w górę rzeki.
Zaznajamiamy się również ze sporą ilością ptaków latających- nazwaliśmy je ataczkami, ponieważ nieustannie próbowały rzucać się na nas z dużej wysokości, bezskutecznie usiłując przedziurawić pontony.
Budujcie Arkę przed potopem
Niech was nie mami głupców chór!/.../
Zostawcie kłótnie swe na potem
Wiarę przeczuciom dajcie raz!
Budujcie Arkę przed potopm
Zanim w końcu pochłonie was!
Nasza wyprawa powoli dobiega końca. Jeszcze tylko kilka kilometrów do Goniądza i wsiadamy w PKS. Trudno ocenić jak było. Przepłyneliśmy ponad 80 kilometrów, chcieliśmy przepłynąć blisko 150! Nasze wyobrażenia o tych słynnych bagnach były zupełnie inne. Ale jedno jest pewne: kiedyś tu jeszcze wrócimy!
P.S. /budujcie arkę przed potopem!/
Jarek
W tekście wykorzystano fragmenty wiersza J. Kaczmarskiego Arka Noego z programu RAJ.
[Strona główna]